czwartek, grudzień 27, 2007

Manowar - Kings of Metal

Umówmy się - istnieją na świecie zespoły, których nazwa automatycznie kojarzy się obciachowo i Manowar jest jednym z tych zespołów. Faceci w gatkach z lamparciej skóry, z mieczami, toporami, młotami bojowymi, śpiewający o tym, że chętnie spalą twoją wioskę, zgwałcą twoje konie i odjadą na twoich kobietach ku chwale Odyna... No na poważnie brać tego nie sposób. Na szczęście sam zespół też nie brał siebie do końca na poważnie, dzięki czemu w latach 80-tych stali się panowie jedną z ikon przeżywającego ówcześnie boom heavy metalu. A wydana w 1988 roku płyta "Kings of Metal" była i ich credo artystycznym i bodaj najlepszą płytą, jaką nagrali w ogóle.
Już sama ilustracja z okładki daje sygnał, że będzie się działo. Umięśniony wojownik z okrwawionym mieczem stoi na górze płomieni i potrzaskanych flag światowych mocarstw. Nie ma to-tamto. Ale otwiera ten album nie szczęk broni, ale ryk harleya, bo tak właśnie brzmi intro do numeru "Wheels of Fire". I generalnie jest to najmniej manowarowy utwór na całym albumie, bo brzmi thrashowo. Generalnie wiem, rok 1988 to było apogeum tego typu grania i nic dziwnego, że Manowar też zapragnęli zostać Slayerem czy inną Metallicą. I nawet udatnie im to wyszło, muszę przyznać. Ale potem mamy już bardziej typową, brytyjską szkołę heavy-metalu (z, co nie powinno dziwić, sporymi wpływami Iron Maiden).

Generalnie nie ma sensu rozpisywać się o każdym utworze z osobna, bo musiałbym napisać to samo : że melodyjne, ale ostre riffy, że galopujące tempa, że na maksa heroiczne teksty przesycone krwią, szczękiem oręża, bitewnym zgiełkiem i większym stężęniem herosów na metr kwadratowy, niż w "Iliadzie". Są tu też dwie patetyczne, ale bardzo fajne ballady z których najbardziej podoba mi się "The Crown And The Ring (Lament Of The Kings)" - monumentalne klawisze, podniosłe chóry...no cymesik. No i jest też kawałek, za który Manowar z pewnością nie pokochały feministki - mam tu na myśli "Pleasure Slave" : She is waiting to kiss my hand / But she will wait for my command, he, he, he :) No, a jeszcze Woman - be my slave / That's your reason to live w refrenie. Niegrzeczni herosi, niegrzeczni. Z drugiej strony taki Conan traktował kobiety identycznie, więc... Aha, ten akurat numer nosi silne piętno starego dobrego Black Sabbath. Mniamuśne.

Jasne, że ta płyta nie musi się wszystkim podobać. Dzisiejsi wielbiciele różnych Behemothów parskną śmiechem. Także tzw. poważni fani metalu oleją "Kings of Metal" ciepłym strumieniem. Jednak jeśli, czytelniku, zdarzyło się, że jesteś po prostu fanem fajnej muzyki i nie znasz jeszcze tego albumu, zachęcam gorąco do sięgnięcia poń. Bo warto. Jak nie dla herosów, krwi i chętnych kobiet, to przynajmniej dla przefajnej i wszystkomającej wersji "Lotu trzmiela" w wersji na bas solo. Hail to the Kings! (of Metal!), a co.

środa, październik 03, 2007

A jednak nie plagiat

...uff. Opisana parę postów niżej aferka z rzekomym plagiatem okładki nowej płyty Satellite okazała się - na szczęście - humbugiem sprokurowanym przez jakąś osobę dowcipną inaczej, w jakiś sposób powiązaną z zespołem. Czyli afery nie ma, płyta będzie. Oby udana :)
A (ponoć ostateczna) okładka nowego Satelyty wygląda tak :














Ładna, prawda? :)

PS. Jeszcze tylko dwa słowa : NOWY NIGHTWISH!!

piątek, wrzesień 28, 2007

Genesis - The Colony Of Slippermen - Live at the Shrine 1975

Tym razem w ramach ciekawostek z YouTube krótki fragment jednej z najbardziej szalonych ekstrawagancji w dziejach rocka - trasy "The Lamb Lies Down On Broadwa" grupy Genesis. Polecam zwłaszcza sam początek wideo - Peter Gabriel (tak, ten sam - jako Slipperman) w zupełnie surrealnym kostiumie. I te rosnące mu jajca... odlot :) Całe nieszczęście z tą trasą polega na tym, że NIE ISTNIEJE pełna profesjonalna rejestracja ani jednego koncertu tej trasy. Są zapisy występów Genesis od roku 1972, ale w tym jednym wypadku jest dziura, nie ma nic poza fragmentami. Dlatego jakość jest jaka jest - składanka amatorskich materiałów kręconych kamerkami 8 mm trzydzieści dwa lata temu. Sami przyznajcie - jest w tym mimo wszystko moc. Smacznego!

czwartek, wrzesień 27, 2007

Don't Fear the Reaper

Dziś wieczorem zrobiłem sobie sesyjkę z Blue Oyster Cult, a dokładnie z ich koncertem z Chicago z 1979 roku. Zapaliłem świece, zgasiłem światło i poleciało. I ta muzyka ma moc i to demoniczne "coś". Pomimo, że to lajtowa w sumie muzyczka jest, nawet mimo koncertowego "podostrzenia". I tak sobie pomyślałem - a macie dobrzy ludzie, posłuchajcie sobie też. Blue Oyster Cult, "Don't Fear the Reaper" w koncertowej wersji z 1976 roku. Zastanawiałem się też nad "Astronomy"...może innym razem. Smacznego :)

Klops

Pogłoski o mojej śmierci są grubo przesadzone. Po prostu straciłem ochotę do wszystkiego chwilowo i jeśli coś z siebie wykrzeszę...to wykrzeszę. Be fucking patient :>
Jako rekompensata mojego milczenia ciekawostka. Drogi czytelniku, wytęż wzrok i znajdź 21 szczegółów, które polski zespół Satellite zerżnął od amerykańskiej grupy Kamelot :

okładka Satellite











...a tu okładka Kamelot











Dla ułatwienia : wydanie "Into the Night" Satelytów jest planowane na połowę listopada 2007 (a znając Wojtka Szadkowskiego bedzie cudem, jeśli ukaże się przed Gwiazdką). "Ghost Opera" Kamelotów ukazała się w czerwcu 2007. Żeby było śmieszniej, oficjalna strona Mattiasa Norena, zawiera i owszem okładkę Kamelot, ale nie zawiera okładki Satellite. Ktoś tu więc poważnie dał dupy i lepiej by było, żeby Satellite jednak postarało się o okładkę nie bedącą plagiatem. I proszę mi nie mówić, że liczy się muzyka. Nie z nami te numery :)

środa, lipiec 25, 2007

Wpatrzony w odległy blask księżyca...

Collage, "Moonshine". W zasadzie te dwa słowa i ... wystarczy. Kurczę, niesamowite, że to już trzynaście lat od ukazania się tej płyty minęło. A wydaje się, jakby to wczoraj było.
To był niezwykle mocno oczekiwany album. Collage swoim debiutem pokazali, że w Polsce można grać progressive rocka "pod" stary Marillion na naprawdę wysokim poziomie - tyle, że w wyniku zawirowań personalnych zespół...zniknął. Zaczął wracać tak naprawdę po jakichś 2-3 latach od wydania "Baśni", w zupełnie odmienionym składzie (z pierwotnego ostali się tylko Mirek Gil i Wojtek Szadkowski - ale to był kręgosłup grupy). Najpierw "9 pieśniami Johna Lennona", a potem... Potem podpisali kontrakt z holenderskim SI Music. Tuzami, jeśli chodzi o rynek neo-progressive. I rozpoczęli nagrywanie albumu.

Pamiętam, gdy Tomek Beksiński puścił pewnej nocy nagranie. "Dziś wieczór wojna się skończyła", powiedział i popłynęło NOWE nagranie Collage. Zaskakujące brzmieniowo - przebojowe, folkujące, urocze po prostu "War Is Over". Potem jeszcze były rozmowy z Wojtkiem Szadkowskim i oczekiwanie. Aż w końcu spotniałe moje łapki odpakowały z folii kasetę i z głośników magnetofonu popłynęła tak wyczekana muzyka. I już od pierwszych taktów "Heroes Cry" wiedziałem, że to jest to. Że na taką płytę czekałem. I że to będzie wielkie dzieło które zrobi z Kolaży progresywne gwiazdy.

To długa płyta. Prawie 70 minut trwa. Ale nie dłuży się ani na sekundę. Od symfonicznych, masywnych akordów klawiszy "Heroes Cry" po beztroskie dźwięki "War Is Over" pochłonie cię muzyka bez reszty. Jakież tu jest bogactwo - chcesz długich suit? Apetyt zaspokoją "In Your Eyes", "Wings In The Night" i "Moonshine" - każda piękna, każda dopracowana do szczegółu, każda porywająca. Chcesz niezwykłego nastroju? Jest "Living In The Moonlight" (choć zgodzę się, że w wersji demo był to jeszcze bardziej niesamowity utwór...). Chcesz "pazurka? Jest zadziorny "The Blues". Są piękne melodie. Są zmiany tempa, są aranżacyjne smaczki, jest podniosła miejscami, a miejscami po prostu beztroska atmosfera. Urzekający, piękny album po prostu i doceniła to najpierw Europa (jak na warunki niezależne płyta była prześwietnym sukcesem i otworzyła Collage drzwi do wielu koncertów) a potem reszta świata. Posypały się propozycje koncertów. I wydawało się, że świat stoi otworem. Niestety, nie wyszło. Najpierw zbankrutowała wytwórnia SI Music. Potem zaczęły się jakieś niesnaski wewnątrz grupy, jakby sukces zaczął ich przytłaczać. Ale w międzyczasie w Niemczech bodajże zmietli ze sceny Shadowland, który mieli supportować (po koncercie Collage publiczność po prostu wyszła zostawiając Clive Nolana z prawie pustą salą...) - jeszcze lata potem Nolan wzdrygał się "Nigdy więcej supportów z Polski!". Zagrali w całej Europie zdobywając szacunek i uznanie. Szkoda, że nie doszedł do skutku wyjazd na ProgFest do USA - podbiliby tamtejszą publiczność bez problemów. Za to zorganizowali taki progresywny festiwal w Warszawie - mieli już wtedy na koncie kolejny album zresztą. Ale to inna historia.

Podoba mi się też okładka tego albumu : jeden z piękniejszych i najbardziej klimatycznych obrazów Zdzisława Beksińskiego. Jakaś postać w czerwieni siedzi na dziwacznym wielgachnym krześle i spogląda w dal, na błyszczące w oddali...gwiazdy? Światło księżyca? Kto wie. Na pierwszym koncercie promującym "Moonshine" to wielkie krzesło było głównym elementem scenografii - takie prawdziwe. Wyrzeźbione. Mieli chłopaki fantazję...

Dziś słucham tej płyty z remasterowanego CD i wrażenia są wciąż te same. Polskiemu zespołowi udała się niezwykła sztuka. Nagrali album spokojnie dorównujący dokonaniom IQ czy Galahad. I bijący na głowę większość płyt Pendragona. Uznany na świecie klasyk trzeciej fali rocka neo-progresywnego. Szkoda, że jest to też synonim wielkiej, ale niewykorzystanej szansy - ale widać taka właśnie droga była Collage pisana i nie ma co narzekać. Pozostawili po sobie tę płytę i kilka innych, które jeszcze przez lata będą dawać fanom gatunku wiele radości. Dzięki!

niedziela, lipiec 15, 2007

Wishbone Ash - ta płyta ze spalonym obojczykiem

... na okładce. Czyli debiut - informacja dla niewtajemniczonych. Obojczyk był podobno kurzy, nie jestem ekspertem, więc nie wnikam w takie szczegóły :)

Oj, fajny był to zespół, fajny. Mieli nietypowy patent na granie, nawet biorąc pod uwagę, że sformowali się pod sam koniec 1969 roku, a wtedy "nietypowych patentów na granie" było kazylion. A grupa oparła swoje brzmienie na dwóch równolegle prowadzonych solowych partiach gitar. Dwóch solówkarzy - a nie solowy i rytmiczny, to nie było "normalne". Ale znów - pamiętajmy o jakim okresie mowa. Wtedy wszystko było normalne.
Pierwszy numer z debiutu nie wali jakoś na kolana, to takie (fajne, i owszem) boogie z pianinkiem. Ale nic wielkiego. Już następna "Lady Whisky" podoba mi się bardziej - masywny kawałek, bluesujący na początku a potem już płynący w partiach solowych do przodu, bardzo żwawo zresztą. Między innymi dzięki takim właśnie numerom Wishbone Ash przypięto zupełnie idiotyczną łatkę grupy hard-rockowej. To tak, jakby nazwać Deep Purple grupą jazzową, bo na koncertach Blackmore'owi zdarzało się w jazzowe improwizacje wchodzić. No litości. Choć "Lady..." faktycznie, zwłaszcza w wersji koncertowej", brzmiała dość ciężko. Zwłaszcza finał - dwie gitary grają riffy, perkusja łomocze - robi to wrażenie, nie powiem, duże. Tyle, że tak naprawdę mocną stroną Wishbone Ash były przecudne ballady. Choćby takie, jak "Errors Of My Way".

Utwór trzeci, strona pierwsza - jakby to powiedział Piotr Kaczkowski. Coś pięknego. Dwie gitary unisono. Bas grający skomplikowany pasaż. Śpiew w dwugłosie. I smutny tekst o błędach życiowych. Solo gitary które jest po prostu bardzo ładne. I smutne, owszem. Z początku grane na podkładzie ciętych riffów basu i uderzeń perkusji, potem, rozwijając się, jest kontrapuktowane żywiołową improwizacją seksji rytmicznej. Cacuszko po prostu. I potem żywiołowy, rozpędzony "Queen Of Torture". Nietypowy riff - jakby zawieszony w przestrzeni. I galopada. Dobra, może nie był to zespół hard-rockowy, ale zdarzały im się takie wycieczki. Bo niby korzenie są tu bardzo bluesowe, ale jednak wykonanie bardzo mięsiste.

A strona B starego analoga zawierała tylko dwa utwory. Takie po 10 minut z okładem. Jeden piękniejszy od drugiego. Ten pierwszy to "Handy". Na moje ucho to on się od solówki basowej zaczyna. Chyba, że to gitara tak specyficznie nastrojona - ale raczej obstawałbym przy basie. Zwłaszcza, że za chwilę to solo przechodzi w podkład dla gitar. Oczywiście obie grają partie solowe, oczywiście obie te partie się mocno od siebie różnią melodią. Dwa sola przeplatające się - raz jedno wychodzi na pierwszy plan, a raz drugie. Gdy się schodzą, grają unisono przez chwilę, ale szybko znów rozchodzą się w swoje strony i łagodnie płyną mając za solidną bazę ładnie świrujący bas i delikatną perkusję. Ten bas około 5 minuty znów gra solo, jako swego rodzaju przejście do kolejnej sekwencji gitarowej. Tym razem sola stają się ostrzejsze, muzyka przyspiesza, nabiera "pazurka". Niemniej schemat zachowano - gitarki się ładnie przeplatają we wzajemnych popisach. Uzupełniają - a nie konkurują ze sobą. To też jest piękna cecha muzyki Wishbone Ash - każdy instrument ma swoje miejsce i nie wyskakuje bez sensu przed szereg. Bo i nawet perkusista ma tu swoje pięć minut (przysłowiowe - jego popis trwa oczywiście znacznie krócej i jest raczej rytmicznym pasażem, niż solówką sensu stricto), ładnie zresztą wprowadzając zespół w sekwencję w stylu boogie. Cały Wishbone - prawie dziesięć minut improwizacji z finałem a'la John Mayall & The Bluesbreakers :) I tak swingująco dochodzimy do końca.

A czeka na nas utwór wielki. Wspaniały. Majestatyczny i genialny. Prawdziwy killer każdego wcielenia Wishbone Ash po dzień dzisiejszy. "Phoenix". W zasadzie wstyd, by fan rocka tego numeru nie znał. Nie znał dreszczy, które się odczuwa przy podniosłym wstępie. I przy następujących po nim solówce gitary i pierwszych słowach wyśpiewywanych przez Andy Powella. Jedna gitara gra solo "czyste", druga - zniekształcona "kaczką". Głos wokalisty nieco odrealniony, wchodzi jak z zaświatów. "Wznieś się z popiołów, zostaw za sobą zniszczenia i ruiny". Podpsychodelizowany tekst, nie do końca dający sie zinterpretować. Zresztą będący tylko dodatkiem do muzyki. Do tych cudownych, niekończących się solówek gitar, w tej łagodnej pierwszej części. Bo potem "Phoenix" gwałtownie przyspiesza. Dwie gitary grają ostre sola równolegle. Zwalniając tylko, by wokalista zaśpiewał "Phoenix... Rise! Raise your head to the sky". I dalej już porywa nas ten rwący nurt dwóch gitar i galopującej sekcji rytmicznej. Ciekawostka - Steve Harris przyznawał nieraz, że Wishbone Ash byli dla niego jedną z inspiracji. I tak ostra część "Phoenixa" jest żywym dowodem - Iron Maiden wykorzystywali podobne patenty brzmieniowe. A ówcześni perkusiści usiłowali nadążyć za Stevem Uptonem - zwłaszcza w tym krótkim fragmencie, gdy zostaje sam i gra naprawdę niełatwą figurę rytmiczną. I tak coraz szybciej gna ten cudowny utwór, aż wreszcie następuje po raz ostatni partia śpiewana, gitary grają temat główny i...koniec. Chciałoby się powiedzieć - zaledwie 10 minut. Zespołowi chyba to też nie wystarczało bo na żywo "Phoenix" potrafił trwać prawie dwa razy dłużej (najdłuższa znana wersja koncertowa ma dobrze ponad 19 minut!) - ale to naprawdę jeden z tych wielkich utworów, które chciałoby się słuchać, słuchać i które mogłyby się nie kończyć.

Kapitalny debiut po prostu. Zresztą Ash rozpoczęli z wysokiego "C" i potem było jeszcze lepiej. Wyobraźcie sobie, że dokładnie SZEŚĆ pierwszych płyt tego zespołu to są prawdziwe arcydzieła. Z perłą w koronie w postaci płyty "Argus" (trzecia w kolejności). I z genialnym albumem koncertowym "Live Dates" ("Phoenix" ma tam dobrze ponad kwadrans :) ). Naprawdę niewielu zespołom udaje się taka sztuka - sześć płyt, na których nie ma momentów słabych, nieudanych cz nawet średnich. Chyba też dlatego tak bardzo zabolał fanów drastyczny spadek formy, który nastąpił w połowie lat 70. No niestety - nie można nagrywać samych arcydzieł. I nawet jeśli wziąć pod uwagę, że pośród tych późniejszych płyt Wishbone Ash też trafiają się naprawdę bardzo udane, to jednak nie osiągają one poziomu tych sześciu pierwszych. Tych galacticos w dyskografii tej wspaniałej, acz niesłusznie zapomnianej brytyjskiej grupy, którą uwadze moich czytelników nieśmiało polecam.

piątek, lipiec 13, 2007

Gov't Mule! Gov't Mule! Gov't Mule!

Wreszcie udało mi się być na występie jednego z najlepszych składów koncertowych grających obecnie na planecie Ziemia. Żeby było zabawniej, ten skład to czterech dżentelmenów mocno po czterdziestce, w t-shirtach i jeansach, z południa USA. Ale jak oni grają, jak oni grają....

Government Mule wywodzą się z późnego wcielenia legendarnych The Allman Brothers' Band, tam błysnęli po raz pierwszy gitarzysta / wokalista Warren Haynes i basista Allen Woody (obecnie już nieżyjący). I w twórczości Mułów tego allmanowskiego ducha czuć. Swoboda improwizacji, luz z jakim traktują grane przez siebie tematy, skłonność do grania cudzych kompozycji (i to tak, że czasem wykonują je lepiej, niż oryginał!) - to wszystko zaprocentowało rzeszą fanów na całym świecie. Także w Polsce, o czym przekonał ubiegłoroczny koncert w warszawskim "Palladium", Gov't Mule cieszy się ogromną popularnością, dlatego w tym roku grupa postanowiła uszczęśliwić swoich fanów aż dwoma występami, 9 i 10 lipca w warszawskiej "Stodole".

Ubolewam, że nie udało mi się być na pierwszym z koncertów, ponoć było bosko, z mnóstwem improwizacji i tak dalej. "Mój" koncert miał więcej rockowego "mięsa". Ale był po prostu powalający i cudowny. Panowie nie musieli niczego udowadniać. Więc po prostu parę minut po 20-tej wyszli na scenę i grali przez... 3,5 godziny!! Pokażcie mi zespół, który obecnie sobie takie koncerty gra! No pokażcie! I niech to będą koncerty, które składają się w równej mierze z solidnego rockowego grania w najlepszej amerykańskiej tradycji. I niech co koncert zmienia się CAŁA setlista (a tak było własnie w Warszawie - w oba wieczory nie powtórzył się ŻADEN numer!). Podejrzewam, że znalezienie drugiego takiego zespołu zajełoby naprawdę dużo czasu. I dlatego cieszę się, że w "Stodole" byłem. Że miałem tę wspaniałą grupę dosłownie na wyciągnięcie ręki. Że po prostu odleciałem upojony tą cudowną muzyką. Zresztą nie ja jeden - te kilkaset (blisko tysiąc) zebranych osób było w siódmym niebie i zgotowało Mułom owacyjne przyjęcie - co wyraźnie wzruszyło Warrena, szczęśliwego i uśmiechniętego gdy żegnał się z fanami po ostatnim bisie.

Ja wiem, że to takie niemodne już granie. Rock, blues, trochę jazzu, psychodelii, szczypta heavy rocka - tak się już nie gra, twierdzą "muzyczne autorytety". I dobrze, że jest Gov't Mule, który udowania, że i owszem - tak się GRA. I to jak! Chcę więcej. Chcę jeszcze. Chyba znów puszczę sobie koncert "Live... With A Little Help From Our Friends", żeby mieć namiastkę tego co we wtorek przeżyłem. Jeśli za rok zawitają tu na tydzień, idę na ich każdy występ i nie ma, że boli. Kredyt wezmę, a pójdę :) Do czego i was zachęcam gorąco - to naprawdę fenomenalny koncertowy zespół.

sobota, czerwiec 23, 2007

Genesis in the "fucking deszcz"

Koniec i bomba, kto nie mókł na Sląskim, ten trąba. I tyle. Wszystko było super - frekwencja (dobrze ponad 40 tysięcy ludzi), show, forma zespołu, nawet setlista. Tylko pogoda akurat ten dzień wybrała sobie na to, by przeprowadzić akcję "oberwanie chmury". No cóż, widać dane było tak się delektować koncertem grupy, którą od lat lubię, cenię i niezmiernie szanuję. Która jest dla mnie niezwykle istotnym kamieniem milowym w mojej muzycznej edukacji. I której koncert w 1998 roku z Rayem Wilsonem z premedytacją sobie odpusciłem, bo uznałem koncert kadłubkowego Genesis za kpinę (ale w TV obejrzałem i trochę żałowałem). Teraz miałem wreszcie okazję przeżyć występ tego najpopularniejszego składu. Bilet czekał na swój dzień od lutego.
Wyjechalismy z Warszawy w piękną pogodę, trochę korków, małe opóźnienie... I w 2/3 trasy wpadlismy w załamanie pogodowe, które pogarszało się wraz ze zbliżaniem się naszego celu. Kląłem w myslach, ale z drugiej strony miałem dobrą przeciwdeszczową kurtkę, nie padało aż tak mocno, myslałem - nie będzie tak źle. I miałem rację - było gorzej, niż bym się mógł spodziewać. Deszcz narastał, gdy docieralismy do Stadionu Sląskiego, na bramkach waliły na nas potoki wody. Zaowocowało to m.in. chaosem na bramkach - mógłbym wniesć granatnik typu bazooka i nikt by nie zwrócił uwagi. Biletu też mi nie sprawdzano - mam dziewiczy, z kuponem kontrolnym :) Była godzina 20:40.
Płyta stadionu w częsci pokryta była specjalną matą, dzięki czemu nie stało się po kostki albo i kolana w wodzie. Deszcz nie słabł. Koncert miał zacząć się o 20:00. Zaczął się o 20:50. Tak po prostu - panowie wyszli na scenę i zaczęli od sekwencji z albumu "Duke", czyli "Behind The Lines" - "Duke's End" - "Turn It On Again". Pieprzyć potoki wody, parę metrów ode mnie śpiewa Phil Collins, na gitarze i basie gra Mike Rutheford a na klawiszach (plecami do mnie, szkoda) Tony Banks. Składu dopełniali oczywiście Chester Thompson na bębnach i Darryl Stuermer na gitarze. Ten skład sprzedał więcej milionów płyt, niż ja mam włosów na głowie :) "Dżendobri Poland!" - zagaił Collins. Przeprosił za "fucking deszcz". Obiecał, że dadzą z siebie wszystko. Słowa dotrzymał.
Setlista koncertu nie była zaskoczeniem - zagrali to, co standardowo mieli w rozpisce dotychczas na trasie, czyli :
Behind the Lines / Duke’s End / Turn It On Again
No Son Of Mine
Land of Confusion
In The Cage / The Cinema Show / Duke’s Travels / Afterglow
Hold on My Heart
Home by the Sea / Second Home By The Sea
Follow You, Follow Me
Firth of Fifth / I Know What I Like
Mama
Ripples
Throwing It All Away
Domino
Drum Duet / Los Endos
Tonight, Tonight, Tonight / Invisible Touch
~bisy~
I Can’t Dance
Carpet Crawlers

Oczywiście najgoręcej było przy numerach sięgających w lata 70-te. "In The Cage" z dość dziwaczną animacją komputerową na wielkich ekranach, Collinsem w dobrej formie i jak zawsze wkręcającej w ziemię solówce klawiszowej. "Cinema Show" - w instrumentalnym fragmencie z drugiej części - wzruszenie w stanie czystym. I znakomity pomysł z "Hold On My Heart" zaraz po "Afterglow" (w trakcie którego ekrany błyskały ognikami - cudo!) - spokojny klimat tak cudownie przedłużony. Niestety przy "Second Home By The Sea" musiałem się ewakuuować spod sceny do tunelu (ULEWA...) i stamtąd obserwowałem dalszy ciąg - schnąc, na ile to możliwe. "Follow You Follow Me" przeszło płynnie w sola klawiszy i gitary z "Firth Of Fifth" - entuzjazm sięgał wtedy zenitu,a apogeum było ZNAKOMITE wykonanie "I Know What I Like", wydłużone znacznie w stosunku do oryginału, wzbogacone m.in. o fajne błazeńskie popisy Collinsa z tamburynem. Najlepszy popis wokalny dał Phil chwilę później - podczas "Mamy". Znakomite wykonanie pozostawiło niezatarte wrażenie. Zaś najlepszym popisem perkusyjnym był oczywiście duet perkusyjny z Thompsonem. Panowie rozpoczęli od stołków, a potem już przepisowo okładali bębny. Finałem było oczywiście zawsze wspaniałe "Los Endos" wykonane tak, że ciary mi łaziły po grzbiecie... Jeszcze tylko połączone "Tonight Tonight Tonight" i "Invisible Touch" (ileż lepiej te popowe kawałki brzmia na koncercie...) i zasadniczy set się skończył. Zapomniałem - było jeszcze pięknie wykonane "Ripples". Było zawsze poruszające mnie "Domino" z tą dynamiczną drugą częścią i słowami "blood on the windows / millions of ordinary people are there". I z zabawą z publicznością poprzedzającą wykonanie tego utworu.
I były dwa bisy. Pierwszy to "I Can't Dance", z oszałamiającymi pokazami na ekranach i Collinsem chodzącym po scenie krokiem znanym dobrze z teledysku. Uśmiałem się gdy zrobił "a perfect body / with a perfect face" - fajnie wiedzieć, że wciąż nie brak mu dystansu do siebie. I już zupełnie na sam koniec cudowne i przepięknie wykonane "Carpet Crawlers". I to był już koniec.
Zastanawiam się, czy to byłby lepszy koncert, gdyby pogoda dopisała. Może tak. A może nie? Może ekstremalne warunki zmobilizowały ich bardziej? Wydaje mi się, że to może być prawda. Owszem, nie obyło się bez paru wpadek, których część można zwalić na pogodę, ale mimo wszystko pięciu panów dobrze po 50-tce dało ponad dwugodzinny koncert (tak około 2 godziny 15 minut) nie oszczędzając się i chwała im za to. Ja po prostu musiałem tam być, przeżyć ten koncert, zmoknąć do suchej nitki (czy raczej do szpiku kości :) ), powzruszać się, potańczyc i pośpiewać, parokrotnie przeżyć ciarki na plecach. I zobaczyć jeden z Ważnych Zespołów. A kto nie był, ten trąba i tyle. I niech żałuje.
A na smak kilka zdjęć - jakość nie powala, ale jak na ekstremalne warunki (ciągła walka z zamakającym obiektywem i ostrością...) wyszły dobrze.











Phil Collins z dezaprobatą spoglądał na ulewę...











...ale śpiewając nie oszczędzał się.











Tył Tony'ego Banksa w kolorze blue.














Od lewej : Darryl i Mike.











Phil tym razem za bębnami.











Od lewej Mike, Tony i Phil.











Tony od przodu - z telebimu.











Od lewej : Darryl, Mike, Tony i Chester Thompson.











Thank you! Goodnight!

wtorek, maj 22, 2007

Dream Theater "Systematic Chaos"

Regularne chłopaki są, trzeba im przyznać. Studyjna płyta co dwa lata, można kalendarz według nich regulować. Tylko, że ostatnim albumem DdT, który tak na 120% mi się podobał, był "Metropolis pt. 2 : Scenes From A Memory" z 1999 roku. Potem jakos mnie nie powalali całosciowo. Owszem - mieli tzw. momenty (jak w filmach za socjalizmu - "momenty były?" ;)) ale to nie wystarczało, by płyty się broniły. I cholera "Systematyczny chaos" też jako całosć się nie broni. Ale tu jest o tyle ciekawie, że na 8 utworów słabe są dwa. Circa about kwadrans cienizny na prawie 79 minut. Ponad godzina zas jest literalnie urywająca dupę. O.
Lecimy po kolei : zaczyna się od "In The Presence Of Enemies pt.1" - sama nazwa wskazuje, że to pierwsza częsć większej całosci - dziewięć minut z .... dwudziestu pięciu! Zaczyna się ładnym łamańcem gitarowo perkusyjnym i fajnym wejsciem klawiszy. No i to takie DdT w pigułce. Masywne riffowanie przeplatane kuglarskimi sztuczkami instrumentalnymi. Trochę patosu, trochę odjazdów, trochę mocnej jazdy bez trzymanki, wszystko wzięte w kleszcze jedynego w swoim rodzaju wokalu LaSera. Takie otwarcia to jest to, co tygryski lubią najbardziej. No bo jesli La Brie wchodzi ze spiewem gdzies w piątej minucie grania... No to ja naprawdę nie mam więcej pytań. Ja leżę, kwiczę i żebram o więcej. Ot taki ze mnie dewiant mały :)
Fortepianowe intro rozpoczyna "Forsaken". Zajebisty kawałek. Po prostu napisany po to, żeby fani mieli refren do spiewania na koncertach. "Forsaaaaken! I have came for you - tonight. Awaaaaaken! Look in my eyes and take my hand!". A jeszcze taki drobiazg - ten szept "forsaken" - tuż przed refrenem - no takie smaczki robią klimat. "Forsaken" to taka w zasadzie heavymetalowa ballada w srednim tempie. Boska, wspominałem już, że to numer stworzony do grania na żywo? Nie? To wspominam :) Plus smaczniutka, krótka, soczysta solówka Pietruszyńskiego. Własnie to spiewam z zespołem. Nie, nie chcecie tego usłyszeć, wierzcie na słowo.
No a potem następuje rolniczy kwadrans. Czyli Dream Theater udowadnia, że jak chcą - to naprawdę umieją napisać numery których miejsce jest głęboko w dupie. Noż dżizas fakin krajst - co to ma niby być "Constant Motion"? Soundalikes play some shit from Metallica? Metallika wydałaby to na singlu. Na stronie Ź. To naprawdę daremny numer. "The Dark Eternal Night" broni się lepiej, bo nie ma w sobie wiele Metalliki - to taka napierdalanka z elementami numetalowymi (ale i w perkusją wziętą copy-paste z ostatniej płyty Metalliki...). Zniekształcony głos LaSerka brzmi intrygująco - ciekawe, jak to na koncertach zabrzmi? Tyle, że nie lubię tego kawałka. To takie DdT, od którego mnie odrzuca - muzyka dla muzyków, a ja na niczym nie gram i nie podnieca mnie, jak panowie mieszają.
"Repentance" i już jest lepiej. ZNACZNIE lepiej. Po pierwsze nie zaczyna się toto RI-FO-WA-NIEM i dży-dżyt tylko delikatnymi partiami basu i rozmytej gitary. I wokalem wchodzącym jakby ze snu. "Staring at the empty page before me..." - tekstowo to kolejny etap wojny Mike'a Portnoya z samym sobą, z demonem Jackiem Danielsem. Czyli "nazywam się Mike i jestem alkoholikiem". Wspieramy cię, Mike. Całosć ujęta w formę dziesięciominutowej ballady z błyskotliwym popisem Johna Petrucciego. Solówka niby prosta, ale niesamowicie naładowana emocjami. No i na wszystko nałożone "spowiedzi" alkoholików, taka namiastka prawdziwej terapii klubu AA. Brzmi dziwnie, ale you have to hear it to believe it, sprawdza się znakomicie. A jeszcze posłuchajcie sobie Johna Myunga na przesterowanym basie, Jordana Rudessa na (imitowanym zapewne) mellotronie... Samo gęste. "The truth is the truth and all you have to do is to live with it" - takie ładne motto na zakończenie.
Panie proszą panów. Dzisiejsze dicho zapewnia nam zespół Dream Theater! Nie, upał mi nie zaszkodził. "Prophets Of War" jest proweniencji czysto dyskotekowej , no weź i zaprzecz :) No i co z tego, że tam jest ostry riff przez moment. Gdyby nie gitary i specyficzny klimat byłaby Gorączka Sobotniej Nocy :) Fajny numer. I przypieprzają bushowej Ameryce, oj przypieprzają. Nie pierwsi i pewnie nie ostatni, ale to mocny głos przeciw Wielkiemu Amerykańskiemu Przygłupowi O Twarzy Szympansa. Swietny numer, kolejny do kolekcji.
A potem jest pół godziny Piękna. Patosu. Sztuki. Serio serio. Najpierw, podniosle zaczyna się "The Ministry Of Lost Souls". Patetyczne klawiszowe intro, klasycyzująca gitara. Nastawiasz się na balladę, ale to czternastominutowa minisuita. I jest w niej miejsce i na wspomniane patos i klasycyzowanie, ale i na smaczek w stylu gitary a'la ELO. Nie ma tu przesadnego forsowania tempa - bo niby gdzie się mają panowie spieszyć i po co. Patos? "Remember me - I gave you life, you would not take it / Your suffering was all in vain - it's almost over / Remember me - you are so young - how could I tell you / Remeber me - I am the one who saved your life that night". Nie wiem - jest to patetyczne? Opatrzone podniosłymi tonami klawiszy, fortepianem, pełną pasji grą gitary...mimo wszystko - NIE. Pasja, emocje wręcz kipią z tego numeru. A to siedem minut. Bo jako minisuita, musi mieć zmiany tempa i ma. Nie jakos drastycznie, robi się bardziej hardrockowo w warstwie gitarowej, a cybernetycznie w warstwie klawiszowej. Łamańce perkusyjno-basowe też robią specyficzny klimacik. Petrucci pokazuje, dlaczego dla wielu gitarzystów jest bogiem i wyrocznią w solówce - łamirączce. A gdy wrócą do głównego tematu i zostanie sam LaBrie z fortepianem...mmm... I refren. Znów chciałbym napisać, że to genialny numer, ale powiecie, że przesadzam. Nie, nie przesadzam. Kocham ten numer, zjadł mnie z butami.
Finale grande tego albumu to "In The Presence Of Enemies pt.2" trwające w odróżnieniu od częsci pierwszej minut szesnascie i pół. Mroczny i niepokojący wstęp, LaBrie wchodzi ze spiewem już w drugiej minucie. A mnie najbardziej podoba się, gdy się drze "Angels fall / All for you / HERETIC!". W ogóle LaSer jest na tej płycie w zdumiewającej formie. Zwłaszcza w ostrej częsci, gdy jego spiew jest przeplatany pokrzykiwaniem fanów (szczęsciarze...) - niesamowicie to wyszło. I muzycznie i tekstowo (brawa za błyskotliwe nawiązania biblijne). Aha, ci fani pokrzykują też przy "Prophets Of War", ale dopiero na "W obecnosci wrogów, 2" uzyskano prawdziwie demoniczny efekt - prostymi srodkami przecież. W ogóle mieszania jest w tym numerze co nie miara, jakby chcieli nadrobić zaległosci za całą płytę. Bogom dzięki to mieszanie z sensem, a nie puste popisy, bo by zepsuli całą płytę. A jak już wracają do zasadniczego tematu suity (tym razem granego na klawiszach a nie na gitarze), to ręce składają się po prostu do oklasków. Mam nadzieję, że na koncertach zagrają to w formie "In The Presence Of Enemies pt.1" - "The Ministry Of Lost Souls" - "In The Presence Of Enemies pt.2". Tak, jestem swiadomy, że to czterdziesci minut muzyki non-stop. Ale te numery do siebie pasują i genialnie współbrzmią.
I tyle. Koniec. Siedemdziesiąt dziewięć minut muzyki na całej płycie. Kwadrans cienizny (a i to nie cały, powiedzmy - kiszki w stanie czystym jest mniej niż dziesięć minut). Zostaje godzina. Zaprawdę powiadam wam - ten album kupić warto. Ten album mieć wypada. Mówię wam to ja - który nigdy nie byłem fanem Dream Theater. Którego ostatnie dzieła zespołu dosyć znużyły i zmęczyły. I który został potężnie zaskoczony płytą "Systematic Chaos". Na tyle potężnie, że od ponad tygodnia nie słucham niczego innego. Ja tę płytę już znam, prawie na pamięć. Teraz wasza kolej. "Systematic Chaos" trafia do sklepów 4 czerwca i od razu z serca radzę, darujcie sobie wersję zwykłą, a kupcie tę dwupłytową, z DVD. Ten album w wersji DD5.1 zabrzmi tak, że was z obuwia wyrwie i rozsmaruje po scianach. I będziecie błagali o jeszcze.

czwartek, kwiecień 26, 2007

Mark mówi wporzo

Przychodzi czasem taki dzień, że jedyne co ci pozostaje, to jakas dobra muza, która tak ci przykurwi, że aż ci krew uszami pójdzie. Dlatego własnie Bóg stworzył Grand Funk Railroad.
Był taki czas, w latach 1970-71, gdy tych trzech Amerykańców było większych, niż Led Zeppelin. No bull, nigdy nie spotkali się na scenie, ale Zepy w okresie drugiego albumu i Grandfanki w 1970 to byłby ciekawy pojedynek. Watchin' the giants fall :) Aaaha, własnie - Grand Funk to był zespół stworzony do tego, by grać koncerty. I ma w dorobku taki fajny album, który portretuje go w okresie największej swietnosci i...na żywo. Płyta ta to "Live Album", tak po prostu.
To godzina muzyki z niedużym okładem, tak około 70 minut, powiedzmy. Zaczyna się od "Are You Ready?" - no, pytanie! Publika szaleje, a na scenie panowie Mark Farner - gitara, darcie mordy, harmonijka i klawisz , Mel Schacher - basik i Don "Ja pierdolę, ale afro!!" Brewer - bębny i darcie mordy. Darcie mordy - no bo przecież nie spiew! To hardrock, bejbi!
Kurczę, ale jak się tak na chłodno przyjrzeć, to jest bardzo prosta muzyka. Na dwa. Wyjmij i pchnij. Oj, no co. To bardzo sexy muzyka. Idealna do namiętnego pieprzonka, bo najpierw jest kilkanascie minut ostro i na dwa własnie, a potem jest troszkę zwolnienia klimatu. Zas pod koniec jest dłuższe perkusyjne solo - rozumiesz, co mam na mysli :) Aha, to perkusyjne solo jest w utworze "T.N.U.C." - w tłumaczeniu na polski "A.P.I.C" :) I jak tu się dziwić, że amerykańskie dzieciaki dostały na punkcie GFR całkowitego i skończonego pierdolca?
"Live Album" to GFR w swoim żywiole. W dodatku są tu same strzały w ryj - poza wspomnianym "Are You Ready?" jest jeszcze cudowne bluesisko "Heartbreaker", jest mięsista, masywna, wypasiona wersja "Inside Looking Out" Animalsów, jest "Mean Mistreater" - grandfunkowe samo gęste... Cholera, wszystkie dziesięć utworów mógłbym spokojnie wymienić. W dodatku te gadki między kolejnymi numerami... "You, people! Brother and sisters!", klimat tamtej epoki w pigułce. Mocnej pigule, kopiącej lepiej, niż wiadro wódki pod kilo heroiny. W dodatku zdrowej, bo jedyne, co ci grozi, to rozpieprzenie mieszkania w drobny mak. Z emocji. Bo ta płyta nakręca, jak dobry seks. Jak wagon adrenaliny. Jak... Jak rock and fuckin' roll. Dokładnie tak.

PS. A Mark mówi "Wporzo" w utworze "Mark Say's Allright". To taki hardrockowy jam, który stał się wizytówką Grand Funk.
PS2. Kurwa, a jak sobie pomysle, że chłopaki ledwie parę lat później zaczęli nagrywać syf typu "Loco-Motion", to mi się rzygać chce. No ja pieprzę, jak można...

niedziela, kwiecień 22, 2007

Kropka nad i

21 kwietnia 2007 zapisze się na pewno w mojej pamięci. Bydgoski koncert Van Der Graaf Generator - jeden z powodów, dla których warto było żyć. Dokładnie tak. To były dwie godziny, które podsumowały lata słychania przeze mnie muzyki. Lata kształtowania się gustów, lata poszukiwań, prób i błędów. Trzech, mocno juz podstarzałych panów : Peter Hammill (gitara, syntezator i SPIEW), Hugh Banton (organy, syntezator), Guy Evans (perkusja). Tylko tyle. A wystarczyło, żeby zgromadzoną w Filharmonii Pomorskiej publicznosć wprowadzić w stan bliski hipnotycznemu transowi. Serio - w trakcie trwania kolejnych utworów widownia milczała, dopiero gdy utwór się kończył, następował szalony aplauz. Rozpoczęli chwilę po 19 od "Lemmings" pochodzącego z ich czwartej płyty, genialnego "Pawn Hearts". Zakończyli chwilę przed 21 absolutnie miażdżącą, powalającą i wdeptującą w ziemię wersją "Still Life" z ich arcydzieła pod tym samym tytułem. A pomiędzy? Pomiędzy była wspaniała wersja "Man-Erg" (tez z "Pawn Hearts" - w ten sposób zagrali w Bydgoszczy... połowę tego albumu!!). Było zniewalające "Undercover Man" / "Scorched Earth". Było "Meurglys III (The Songwriter's Guild)" z porażającym solem organowym Bantona. No i był jedyny w swoim rodzaju frontman - Peter Hammill. Sprawiający chwilami wrażenie, że mikrofon, do którego spiewa, wrzeszczy, szepcze czy wykrzykuje kolejne wersy, jest jego osobistym wrogiem. I że bardzo go nie lubi. Hammill jest jednym z nielicznych wokalistów spiewających niejako całym sobą. Widać, że mocno przeżywa swoje teksty i że trochę zdrowia za każdym razem na scenie zostawia. Ale potrafi zdobyć się na potraktowanie się z dystansem - jak podczas "Sleepwalkers", gdy zaczął radosnie pląsać wokół sceny. I gdy schodził z zespołem po zasadniczej częsci koncertu - także radosnie pląsając. Dobremu humorowi się nie dziwię - publicznosć przyjęła Van Der Graaf Generator iscie po królewsku, łącznie ze standing ovation. No ale te kilkaset osób na widowni to byli fani. Ludzie czekający lata, ba - dekady na TEN koncert. TEGO zespołu. Na TE utwory. Po prostu wielkie, wielkie wydarzenie, nie tylko muzyczne. Długo będę tę sobotę pamiętał.

PS. Przepraszam za dosć beznadziejną jakosć zdjęć - mimo szczerych chęci i prób nie udało mi się przemycić na salę aparatu i musiałem posiłkować się erzacem w formie telefonu. Wyszło, jak wyszło.

niedziela, kwiecień 08, 2007

East-R :)







A ghost of a mist was on the field
The grey and the green together
The noise of a distant farm machine
Out of the first light came
A tattered necklace of hedge end trees
On the southern side of the hill
Betrays where the border runs between
Where Mary Dunoon's boy fell

Easter here again, a time for the blind to see
Easter, surely now can all of your hearts be free

Out of the port of Liverpool
Bound for the North of Ireland
The wash of the spray and horsetail waves
The roll of the sea below

And Easter here again, a time for the blind to see
Easter, surely now can all of your hearts be free

What will you do?
Make a stone of your heart?
Will you set things right?
When you tear them apart?
Will you sleep at night?
With the plough and the stars alight?

What will you do?
With the wire and the gun?
That'll set things right
When it's said and done?
Will you sleep at night?
Is there so much love to hide?

Forgive, Forget
Sing "Never again."

Marillion "Easter" (1989)

poniedziałek, kwiecień 02, 2007

Tak, tak!


Wbrew pozorom nie będzie reklamy popularnej sieci pre-paid. W weekend upolowałem na TVP Kultura fragment koncertu Republiki z początku lat 90. GC zaspiewał tam m.in. jeden numer, którego tekst zawsze chciałem rozebrać na czynniki pierwsze, albowiem swietny jest. Pochodzi z solowej płyty Ciechowskiego "Tak, tak!" i jest to owczywiscie utwór tytułowy.
Uwielbiałem teksty Obywatela dlatego, że mozna było o nich powiedzieć wszystko, ale nie to, że są jednoznaczne. Co to, to nie. Niejednokrotnie ocierające się o całkiem poważną poezję - tak odmienne od klasycznych tekstów rockowych piosenek.
"W końcu powiem ci co myslę / tak prosto w twarz". I od razu staje nam przed oczami... No własnie, kto? Mąż żonie w kolejnej kłótni rozpadającego się małżeństwa? Szef nieudolnemu pracownikowi? Rodzice dzieciom? Dzieci rodzicom? Oczami wyobraźni widzę scenę kłótni. Czerwone z wsciekłosci twarze. Zacisnięte piesci. Może nawet grupka kumpli na podwórku? Nie ma jednoznacznej wizji, obrazy przesuwają się ot tak, po prostu, ociekając złoscią. Bo przecież "Na wszystko mam odpowiedź ostrą / i nie uciekniesz teraz mi / zakrywasz twarz przed ciosem / i robisz milion głupich min". Ahaaaa! Ale może warto spojrzeć oczami przeciwnika naszego podmiotu lirycznego? Jak czuje się, gdy słyszy "Poczekaj, poczekaj no, już ja cię urządzę"? Oj, nieciekawie się zapowiada. Jatka? Jednak kumple się pożarli? Zdarza się. Choć następne dwie linijki sugerują jednak kłótnię damsko-męską... "Zaraz zbiję lustro" - wrzeszczy podmiot liryczny. Trąci to może nieco banałem jednak. Ale tylko do momentu refrenu. "Tak, tak! Tam w lustrze to niestety ja! Tak, tak! Ten sam!"...
Gdy pierwszy raz słyszałem ten utwór, przy refrenie zaliczyłem spory opad szczęki - bo tresć wywraca się literalnie o 180 stopni. I co teraz widzisz? Chudziutkiego, zahukanego facecika. Łysiejącego. W za dużych okularkach. Zapewne niższego referenta. Albo docenta szóstej kategorii zaszeregowania. Stoi przed lustrem, pręży nieistniejące muskuły i syczy "Poczekaj no, już ja cię urządzę!". Jest sam w domu. Żona pojechała do mamy, dzieci pewnie na jakiejs imprezie, i tak nigdy się nie tłumaczą. Napuscił do wanny ciepłej wody i czuje się panem swiata. Ooo!! Teraz mu nie podskoczą! Kimże teraz jest profesor C.! Niech starsza referent N. sama ruszy tłustą dupę i sporządzi ten pieprzony raport, zamiast się nim wysługiwać!! A dzieci mają się kurwa mnie słuchać!! I żona, kurwa, też!! Bo kimże wy jestescie w porównaniu do mnie!! Ja sobie urabiam ręce po łokcie! Macie mnie szanować!! Tak!! Szanować!!!! Kurwa, zaplułem lustro... "Uspokój się, schowaj ten język / no dobrze - wiem, że się starałeś". Woda wystygnie. A przecież ten wieczór jest dla mnie, cisza, spokój. I jeszcze muszę skończyć raport dla pani referent N., nie mogę zawiesć pani referent N., nie mogę...bo może tym razem będzie o mnie pamiętać przy premiach i awansach. Prawda, że będzie? Ale z ciebie jeszcze przystojniak! Noo, biceps! I wciągnąć brzuch. No i co z tego, że łysieję - to nadaje mi męskosci. Kurwa mać, woda wystygła....


W końcu powiem ci co myślę
Tak prosto w twarz
Kiedy cię widzę, to się wstydzę
Że ciągle nosi ciebie świat


I powiedz że, że teraz znam, znam każdą odpowiedź
No powiedz coś, na wszystko
Na wszystko mam odpowiedź ostrą
I nie uciekniesz teraz mi
Zakrywasz twarz przed ciosem
I robisz milion głupich min


Poczekaj, poczekaj no, już ja cię urządzę
Powtarzasz to, to wszystko co robię
Już mam cię dość, twych oczu pustych
Poczekaj, zaraz zbiję lustro, tak, tak


Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja
Tak tak, ten sam


Dopiero teraz gdy nie słyszy nikt
Bądź spokojny w domu jesteś sam
Do wanny wlałeś ciepłą wodę i
Ogłaszasz w lustrze, że chcesz zmienić świat


Ja wiem, że trochę się starasz, lecz powiedz mi
Ile przed lustrem spędziłeś dni


Tak, tak...


Już nawet ja, ja ci nie wierzę
Uspokój się, schowaj ten język
No dobrze - wiem, że się starałeś
Uspokój się, wczoraj nie spałeś


Tak, tak...


Obywatel GC "Tak, tak" z płyty "Tak, tak" (1988)

piątek, marzec 30, 2007

Przyszedł do mnie blues


Najlepsza polska płyta bluesowa trwa 37 minut i 37 sekund. Została nagrana w 1971 roku przez grupę Breakout. I nazywa się adekwatnie - "Blues".
W zasadzie można przyjąć, że "Blues" powstał z niczego. Owszem - Breakout, gdy już wyewoluował z kiczowatego Blackoutu, nagrał "Na drugim brzegu tęczy" uznawany za pierwszy polski album rockowy. Owszem, jakies niesmiałe próby eksperymentowania z rockiem już się zaczęły. Ale nic, powtarzam, nic nie było w stanie przygotować polskich słuchaczy na ... no w sumie szok, gdy "Blues" trafił do sklepów.
Okładka. Też chyba najsłynniejsza. Fotografia Marka A. Karewicza - Tadeusz Nalepa z krótszymi, niż zazwyczaj włosami, z gitarą pod pachą. I mały Piotrus Nalepa, dumnie koło taty kroczący. Szare tło, białe i czerwone liternictwo. Szlachetna prostota.
Muzyka. W skrócie - kłaniają się John Mayall & The Bluesbreakers oraz Fleetwood Mac. Plus legion grup brytyjskiego boomu bluesowego z Chicken Shack i Savoy Brown na czele. A Nalepa z tego potrafił wydobyć to, co najciekawsze i opatrzyć to swoim własnym sznytem. W dodatku zawsze miał dryg do znajdowania swietnych muzyków. Na "Bluesie" takim wynalazkiem jest Darek Kozakiewicz. Jezuuuuu... Za sam riff "Oni zaraz przyjdą tu" należy się gosciowi pomnik za zycia. A jesli dodać do całosci swietne, mięsiste, smakowite i ociekajace mocą solówki (z tą najwspanialszą, rozwibrowaną, długą i rozimprowizowaną w "Gdybym był wichrem"...), to ręce składają się same do oklasków. Wisienką na torcie są cudowne, ogniste partie harmonijki ustnej w wykonaniu Tadeusza Trzcińskiego. Samo gęste po prostu.
Ileż tu rockowej, mimo "bluesowego" tytułu, energii. Ileż tu pasji i radosci grania. OK - blues. Z jednej strony klasyczny, wchodzący w swing niemal. Ale z drugiej strony są tu wycieczki niemal w hard-rocka. Jest luz, nieskrępowanie sobie te numery płyną. I riffy, riffy, riffy. Pokolenia gitarzystów polskich się na "Bluesie" wychowało. Nawet, jesli dzis się do tego nie przyznają.
Teksty. Nie wiem, na ile Bogdan Loebl znał specyfikę bluesowych tekstów, ale te które napisał Nalepie, to archetyp. Smutasne, bardzo bluesowe, poetycko malujące zdradę, tęsknotę, ból, żal - pełną gamę niewesołych uczuć. I to bez wpadania w jakiżdy z tekstów ma swój smak i klasę. I bez tych specyficznych poezji "Blues" nie miałby tej atmosfery jednak.
Niesamowite, że taka płyta powstała w Polsce już 37 lat temu. Niesamowite, że się zupełnie nie zestarzała. Wciąż jest swieża, soczysta i inspirująca. Pisząc ten tekst wysłuchałem jej dobre pięć - szesć razy. Teraz słucham po raz siódmy, a jak się skończy, puszczę ją raz kolejny. Bo arcydzieła nie przemijają. Po prostu.

PS. A to mój ulubiony tekst z "Bluesa". Być może ulubiony tekst w ogóle.

Jak ładnie ci w tej sukni
Oni zaraz przyjdą tu
Jak ładnie ci w tej sukni
Oni zaraz wezmą mnie
Lubiłaś światło świecy
Będziesz miała świece dwie


Na pewno masz mi za złe
Że ten właśnie wziąłem nóż
Na pewno masz mi za złe
Oni zaraz przyjdą tu
Wiem nóż ten był do chleba
Oni zaraz wezmą mnie


Nie powiesz ani słowa
Oni zaraz przyjdą tu
Nie powiesz ani słowa
Oni zaraz wezmą mnie
Wiem nóż ten był do chleba
Już nie będziesz zdradzać mnie

środa, luty 14, 2007

Fuck The Valentine's Day!!


Osaczono mnie dzis serduszkami, miodem wylewającym się z każdej stacji radiowej, pary wokoło usiłowały polizać się wzajemnie po migdałkach. Walentynki. Jedna z najdurniejszych "tradycji". Owcze CTRL-C CTRL-V z tradycji anglosaskiej bezmyslnie zaadaptowana na nasz grunt. Oczywiscie bez całej oryginalnej otoczki - liczy się tylko kretyńska różowa wydmuszka "swięta zakochanych". Brrrr.... Wolę Halloween. Też bezmyslnie zmałpowane od Anglosasów, ale przynajmniej jest czarne, mroczne i przyjemnie pachnie cmentarzem. Wszystkim zwalentynkowanym wyrazy i wiązanki zasyłam wraz z piosenką grupy Erasure :


I'm crazy flowing over with ideas
A thousand ways to woo a lover so sincere
Love and hate, what a beautiful combination
Sending shivers up and down my spine
For every Casanova that appears
My sense of hesitation disappears
Love and hate, what a beautiful combination
Sending shivers up and down my spine

And the lovers that you sent for me
Didn't come with any satisfaction guarantee
So I return them to the sender
And the note attached will read


How I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you


Oh, you really still expect me to believe
Every single letter I receive
Sorry you, what a shameful situation
Sending shivers up and down my spine

Ooh, I like to read a murder mystery
I like to know the killer isn't me
Love and hate, what a beautiful combination
Sending shivers, make me quiver
Feel it sliver up and down my spine

And the lovers that you sent for me
Didn't come with any satisfaction guarantee
So I return them to the sender
And the note attached will read


How I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you


And the lovers that you sent for me
Didn't come with any satisfaction guarantee
So I return them to the sender
And the note attached will read


How I love to hate you
I love to hate you


And the lovers that you sent for me
Didn't come with any satisfaction guarantee
So I return them to the sender
And the note attached will read


How I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you
I love to hate you

poniedziałek, luty 05, 2007

Gorzki głos chrzescijańskiej miłosci


Tak wyszło, że dzis też bedzie osobisty kawałek. O Kims istotnym, ważnym i niezwykłym, choć bardzo mało znanym, niestety. Geoff Mann. Pastor, poeta, malarz, wspaniały wokalista i muzyk. Przede wszystkim kojarzony z fenomenalną formacją Twelfth Night - choć na dobrą sprawę spędził w niej niespełna dwa lata (jako frontman, bo w różnych formach związany był z ta grupą od jej powstania). Choć nie był jej założycielem i nagrał z tą grupą zaledwie jedną płytę studyjną, "Fact And Fiction", to wywarł niezatarte piętno na Twelfth Night. Autor ilustracji okładkowych, niesamowity wokalista o potężnej skali głosu i szerokiej gamie możliwosci interpretacyjnych. A przede wszystkim - autor przejmujących, głębokich, przeraźliwie smutnych, ale przepięknych tekstów, przesyconych chrzescijańską symboliką i pacyfizmem. I pozwólcie, że zostawię was z fragmentami jego twórczosci.

She stares out of her window
Her will is still in bed
She has no memory of herself
For care has drained her head
The poster on the billboard
Says she should paint her lips
Like the smile on the T.V. people
"We Are Sane"

History shows that
Policy demands weapons
Selfish desires simply led to pain
The chit-chat continues
A big pretence that divides
Into the power blocks
Where the orthodox
Have a propaganda war to fight
And if you're looking closely
You will see that black is white
Don't make me laugh!!
"Fact & Fiction"

Don't hold back
Don't think that hope is pointless
Love is a love is a love is
An open door
Don't believe
That life is closed against us
Love is a love is a love is
An open door
And if it seems that your hoping heart
Has led you into pain
Take a tip from the Carpenter
Forgive and love again
And again...
"Love Song"

I am delivered
A am a baby born
Into your sacred peace
I was a prisoner
You were the key
That opened the locks for my release
And Christ I love you
"The Ceiling Speaks"

Geoff Mann zmarł 5 lutego 1993 na wyjątkowo złośliwą odmianę raka. Miał zaledwie 37 lat. Krótko przed smiercią przyjął swięcenia i został pastorem koscioła anglikańskiego.

* * *
P.S. Zainteresowanych tematem zachęcam do odwiedzenia poniższych stron :


niedziela, styczeń 28, 2007

Idol


Sobotnia noc. Dzieliłem wtedy jeszcze pokój z bratem i siłą rzeczy nie mogłem słuchać radia tak głosno, jak bym chciał. Leżę w łóżku, mija północ i z głosnika padają słowa "Dobry wieczór" a potem wydobywa się gotycki, ponury organowy ton przechodzący w ptasi (nietoperzowy?) jazgot. "Wita państwa Tomasz Beksiński".

To był rytuał. Odkąd odkryłem jego audycje, nie opusciłem prawie żadnej, chyba, że akurat musiałem wyjechać za granicę. Na początku słuchałem z czystej ciekawosci, zaintrygowany Jego osobowoscią, jego recenzjami w "Magazynie Muzycznym", w których potrafił przejechać się po zespołach, które, jak mi się zdawało, trzeba wielbić na kolanach. On był inny. Dlatego zachciało mi się sprawdzić, jak bardzo potrafi zaintrygować w radiu. Pierwszej jego audycji wysłuchałem pod koniec 1993 lub na początku 1994 roku. Ostatnią była ta parę dni przed smiercią.To w kwestii wątpliwosci, czy potrafił zaintrygować.
Nie znosił, gdy traktowało się go, jak idola. Nie trawił "wyznawców" swojego kultu. Dawał to jasno do zrozumienia, reagował nawet agresją, gdy ktos chcąc okazać szacunek, nazywał go Nosferatu. Ta ksywka była zarezerwowana dla kilku osób (m.,in. Wojtka Szadkowskiego z Collage), tylko oni żartobliwie mogli tak Go nazywać.
Idol. Paradoksalnie sam jest sobie winien w sprawie wyznawców. Do legendy przeszły jego audycje z lat 80, gdy prezentował Visage, Ultravox, Johna Foxxa, Talk Talk, Classix Nouveaux i innych wykonawców New Romantic. Był to w sumie mało znaczący i krótkotrwały styl w muzyce, ale dzięki Tomkowi Beksińskiemu w Polsce Nowy Romantyzm był popularny przez lata, ba - nawet dzis znaleźć można fanów stylu. Okazało się, że osobowosć młodego redaktora plus muzyczna erudycja plus dostęp do mnóstwa swiatowych nowosci przekłada się na ogromne zainteresowanie słuchaczy. I w zamkniętej, ponurej, komunistycznej enklawie audycja "Romantycy Muzyki Rockowej" dawała słuchaczom trochę...czegos więcej.
Tyle, że ja miałem wtedy 10-12 lat. Ja poznałem go znacznie później - gdy przeszedł już z radiowej Dwójki do PR III i zaczął prowadzić "Trójkę Pod Księżycem". Gdy zacząłem słuchać jego audycji, byłem muzycznym analfabetą. Rockowym neofitą, gorliwie pragnącym nauki. I On, nieswiadomie, uczył mnie. Edukował. Wskazywał rzeczy warte poznania. Ba - w zasadzie każdy zespół, który wskazał, był w tym moim wczesnym okresie warty poznania. I poznawałem od Sasa do lasa : artrock, hard rock, progressive, psychodelia, eksperymenty - łykałem wszystko i w każdej ilosci. I cieszyło mnie to eksplorowanie dziewiczego terytorium. W zasadzie wszystko, co wiem na temat muzyki obecnie, zawdzięczam tylko i wyłącznie audycjom Tomka Beksińskiego.
Ale to nie wszystko. Bo nie sztuką było wskazać : słuchaj tego. Nie sztuka było wychować sobie słuchaczy bezkrytycznych. Olbrzymią zaletą Tomka było to, że uczył swoich słuchaczy MYSLEĆ. Uczył nie bać się powiedzieć "zespół X nagrał kiszkę". I nie ważne, że zespół X to Wielki I Zasłużony Zespół. Nauczył nas, że nie słucha się muzyki Nazwami. Bo i Moody Blues i Pink Floyd i Procol Harum i Genesis i Yes nagrywali w swojej karierze płyty koszmarne. Denne. Beznadziejne. I nie ma powodu, żeby mówić, że jest inaczej. Dziękuję Ci, Tomku.
Dziękuję też za te tysiące swietnych, a zapomnianych grup, które wydobyłes z odmętów zapomnienia (do spółki z Jackiem Lesniewskim). Ileż ekscytujących chwil... Dziekuję także za Devil Doll. Za Lacrimosę. Za Deine Lakaien. Za Inkubus Sukkubus. Za XIII Stoleti. I przede wszystkim za Legendary Pink Dots. Dopiero po kilku latach odkryłem, że te organy i ptaszyska z czołówki Twojej audycji to srodkowa częsć "Neon Mariners" z płyty "Any Day Now". Byłem już wtedy głęboko zakochany w muzyce Ka-Spela i spółki. I ta miłosć, choć trudna, trwa do dzisiaj. Nawet jesli nie grają już na koncertach cudownej "Belladonny". Ale to twoje uparte namawianie w audycjach sprawiło, że po pewnym czasie zacząłem sięgać po płyty Kropek samodzielnie i odkrywać ich niezwykłe piękno. I doswiadczać przeżyć bliskich odlotowi na ich koncertach.

Muzyka muzyką - ale przecież były i filmy. Filmy, które Tomek tłumaczył w sposób perfekcyjny albo perfekcji bliski. A jesli trafił się w tłumaczeniu błąd, potrafił się nim katować wiele lat. Słynna przecież była jego wypowiedź, że najchętniej przetłumaczyłby jeszcze raz od nowa całego Monty Pythona. Bo stare tłumaczenie było złe (każdy kto oglądał "Latający Cyrk..." w tłumaczeniu TB wie, jak karkolomne to było zadanie i jak doskonale sobie z nim poradził). Tak samo odcinał się od tłumaczeń tekstów, które robił na antenie w latach 80 - jako od dzieła translatorskiego analfabety. Wiele od siebie wymagał, ale i wiele wymagał od swoich słuchaczy / odbiorców. I pamiętam ten smutek, gdy pewnego dnia ogłosił, że rozstaje się z Trójką. Że stracił sens i że nie widzi dalszej możliwosci prowadzenia audycji. Potem dowiedziałem się, że poszło o słuchaczy własnie. Bo Tomek zaczął stanowczo odcinać się od wizerunku smutnego, ponurego Nosferatu. I zaczął isć wbrew oczekiwaniom "wyznawców". Czego dowodem była coraz mniejsza ilosć "gotyku" w audycjach, czego dowodem było np. pojawianie się (częste!) Pet Shop Boys (którzy wtedy wypuscili składankę stron B singli). I nagle okazało się, że nie tego chcą słuchacze. Że Tomek stał się w pewnym sensie niewolnikiem swojego image i swoich słuchaczy. Odciął się od tego błyskawicznie. Wydawało się, że na zawsze, że na dobre. Jego miejsce zajął jakis pierdoła usiłujący "robić klimat", ale wychodziło żałosnie. Wrócił pod koniec lata 1997 i pamiętam moją radosć, gdy usłyszałem znajomy głos i znajome "Dobry wieczór". I On się zmienił trochę i słuchacze się trochę zmienili, w każdym razie wydawało się, że nic już tych wieczorów nie zakłóci. Tym bardziej, że bywały wsród nich audycje wybitne, genialne i cudowne po prostu. Audycje tematyczne. Westernowa. Horrorowa. Ta, w której puszczał tylko piosenki, które lubiła Jego niedawno zmarła Mama. Albo ta, którą zrobił ad hoc po wypowiedzi biskupów, którzy ogłosili, że muzyka metalowa i rockowa to dzieło szatana i takie tam. Cała noc z Atomic Rooster, Black Sabbath, Metalliką i innymi heavy tuzami.
Wszystkie te chwile przeminęły jak łzy w deszczu. Pamiętam tę ostatnią audycję. Fin-de-siecle'ową. "Ostatnia w tym roku, ostatnia...w ogóle". Żart, nikt nie wziął tego poważnie. Słuchając Trójki w Boże Narodzenie 1999 usłyszałem, że Tomasz Beksiński popełnił w Wigilię samobójstwo. Rozpacz, ból, nieprzyjęcie faktu do wiadomosci a w końcu akceptacja i pogodzenie się. Tylko, że pozostała pustka. Nie ma i raczej nie będzie Osobowosci na Jego miarę. Jestem tego pewien. Poza tym radio się zmieniło, wszystko się zmieniło. Czasami zastanawiam się, jak by się odnalazł w dzisiejszych czasach? Czy spodobałby mu się swiat? Muzyka? Kino? Ekspansja internetu? Czy polubiłby Daniela Craiga jako nowego Bonda? Czy zrobiłby to cholerne nowe tłumaczenie Pythonów? Wiele jest tych pytań. I nie będzie żadnej odpowiedzi. Tęsknię za Tobą, Tomku...
Disclaimer : powyższy tekst miał ukazać się w kolejną rocznicę smierci Tomasza Beksińskiego. Różne okolicznosci sprawiły, że nie dałem rady, a nie chciałem umieszczać tu czegos niedopracowanego. To chyba najważniejszy z dotychczasowych moich tekstów na blogu, swoiste credo i spowiedź dziecięcia wieku. Mam nadzieję, że godzien swojego bohatera.

niedziela, grudzień 31, 2006

Happy New Year


No i rok 2006 możemy uznać za skończony, drodzy czytelnicy. Za kilka godzin będziemy się pewnie bawili na wszelakich balach / imprezach / zabawach / NOT-ach :), więc korzystając z okazji życzenia wszelkiej pomyslnosci i roku 2007 tak udanego, żeby aż żal było go kończyć zasyłam Wam, drodzy czytelnicy, tradycyjnie : wraz z piosenką. Adekwatną, a co :)

No more champagne

And the fireworks are through

Here we are, me and you

Feeling lost and feeling blue

It's the end of the party

And the morning seems so grey

So unlike yesterday

Now's the time for us to say


Happy new year

Happy new year

May we all have a vision now and then

Of a world where every neighbour is a friend

Happy new year

Happy new year

May we all have our hopes, our will to try

If we don't we might as well lay down and die

You and I


Sometimes I see

How the brave new world arrives

And I see how it thrives

In the ashes of our lives

Oh yes, man is a fool

And he thinks he'll be okay

Dragging on, feet of clay

Never knowing he's astray

Keeps on going anyway...


Happy new year

Happy new year

May we all have a vision now and then

Of a world where every neighbour is a friend

Happy new year

Happy new year

May we all have our hopes, our will to try

If we don't we might as well lay down and die

You and I


Seems to me now

That the dreams we had before

Are all dead, nothing more

Than confetti on the floor

It's the end of a decade

In another ten years time

Who can say what we'll find

What lies waiting down the line

In the end of eighty-nine


Happy new year

Happy new year

May we all have a vision now and then

Of a world where every neighbour is a friend

Happy new year

Happy new year

May we all have our hopes, our will to try

If we don't we might as well lay down and die

You and I

Abba "Happy New Year"

sobota, grudzień 23, 2006

Wesołych Swiąt! Merry X-Mas everybody! :)


Wiele napisano piosenek o tematyce swiątecznej, ale ta jest chyba najładniejsza. I niech to będzie mój skromny prezent dla wsystkich czytelników mojego małego miejsca w sieci :)



They said there'll be snow at Christmas
They said there'll be peace on Earth
But instead it just kept on raining
A veil of tears for the Virgin's birth
I remember one Christmas morning
A winters light and a distant choir
And the peal of a bell and that Christmas Tree smell
And their eyes full of tinsel and fire
They sold me a dream of Christmas
They sold me a Silent Night
And they told me a fairy story
'Till I believed in the Israelite
And I believed in Father Christmas
And I looked at the sky with excited eyes
'Till I woke with a yawn in the first light of dawn
And I saw him right through his disguise
I wish you a hopeful Christmas
I wish you a brave New Year
All anguish pain and sadness
Leave your heart and let your road be clear

They said there'll be snow at Christmas
They said there'll be peace on Earth
Hallelujah Noel be it Heaven or Hell
The Christmas we get we deserve.

Greg Lake / Emerson Lake & Palmer "I believe in Father Christmas"
Zdrowych, wesołych, najpiękniejszych, przesyconych miłoscią i radoscią Swiąt życzy wszystkim
Marcin "Tarkus" Piwnik

czwartek, grudzień 14, 2006

Mocny człowiek


Nie, żebym gościa znał wcześniej - trafiłem na niego przypadkiem. Po trzydziestu dwóch minutach z małym ułamkiem z trudem wstałem z podłogi, wysmiałem się do końca i zapodałem ten wynalazek jeszcze raz. Wynalazek nazywa się Richard Cheese. A płyta wynalazka, która wzbudziła tyle we mnie endorfin, nosi jakby skąds znajomy tytuł "Apperitif For Destruction". Tak, tak, dokładnie, TO SA JAJA. I to takie wielkie. Choć sam pomysł może nie pierwszej swieżosci - "weźmy kilkanascie hitów i przeróbmy je na jazzik". Takie rzeczy robił choćby Paul Anka niedawno. A Johnny Cash przerabiał hity różnej proweniencji na swoje country. Ale obaj robili to na poważnie. No i umówmy się : żaden z nich nie odważyłby się zrobić z "Sunday Bloody Sunday" U2...mambo.
Tu nie ma przebacz - jest rozstrzał od sasa do lasa. Guns'n'Roses. Slipknot (!!!). Metallica. Green Day. Alice In Chains. Jane's Addiction. The Killers. Band Aid. Violent Femmes. Black Eyed Peas. Beastie Boys. 2Live Crew. Wszystko w wersji na pianinko, kontrabasik, małą perkusję. Czasami dęciaki. Raz chyba chórek żeński. A w Jacksonowym "The Girl Is Mine" goscinnie na drugim wokalu Stephen Hawking. Tak, wiem, to przekracza granice dobrego smaku, ale zaręczam - tarzałem się ze smiechu. Pewnie mam prymitywny gust ;)
W sumie Cheese poległ tu raz : na "Let's Get It Started" Black Eyed Peas. Zabrakło temu kawałkowi jednak jaj oryginału. Pozostałe 15 to strzały w ryj seriami. Tom Jones w Las Vegas wykonuje hity na życzenie. Karaoke dla potłuczonych. Cos wspaniałego, naprawdę. Nie na każdy gust, owszem. Ale jesli podejsć do Ryska na luzie i z humorem, ma się na pół godziny zapewnioną swietną zabawę. A jak się postarasz, to Cheese wydał jeszcze kilka płyt z podobnym repertuarem.
Aha - towarzyszy Artyscie zespół Lounge Against The Machine w składzie : Bobby Ricotta, Gordon Blue i Buddy Gouda. Na chórki powinna mu pasować Miss Carpone.
PS. Najbardziej rozwalają mnie tu dwa kawałki : "Do Me", który przerywa w połowie producent i zaczyna marudzić, że Cheese źle wymawia tytułowe słowa, co kończy się donosnym "Well... FUCK YOU!!" i rozpierduchą skwitowaną przez producenta "All right... That's lunch!" :)) Drugi to "Somebody Told Me" The Killers. Wykonane piano solo. Bardzo waitsowe. Słychać, że Artysta jest niedopity mocno. Ale stara się dopić, co słychać, bo tłucze się z drinkiem jakims albo flaszką. Kończy, mówi "Thank You, goodnight" i schodzi ze sceny. W tle rozlega się donosny odgłos rzygania :))
PS2. Umówmy się - to chyba jedyny artysta, który bez ryzyka mógł zaspiewać "Me So Horny" - to czysto pornograficzny kawałek o facecie, któremu, cytuję "stoi chuj i chce zaruchać". Przerobiony oczywiscie na jakies cholerne mambo :)

środa, listopad 29, 2006

Wiosna jak marzenie

Dwie szybkie daty :
- 21.04.2007 Filharmonia Pomorska, Bydgoszcz
- 22.04.2007 Klub "Studio", Kraków

Van Der Graaf Generator!!!!

Jesli banalnie napiszę, że spełni się jedno z największych moich marzeń, to sie nie obrazicie? "Killer", "Still Life", "La Rossa"... na żywo. Peter Hammill, Hugh Banton, Guy Evans. Szkoda, że bez Davida Jacksona i jego saksofonowych szaleństw... Ale z drugiej strony w trio nadadzą nową jakosć starym klasykom. Już się doczekać nie mogę :))

piątek, listopad 24, 2006

15 lat temu...

...zmarł Freddie Mercury. Jak ten czas leci - to już prawie pół mojego życia temu. Pożegnał się ze swiatem jedną z najlepszych płyt Queen, "Innuendo" - i to chyba tylko spotęgowało żal po Jego smierci. Smierci zbyt wczesnej, niepotrzebnej - i takie tam. Ale przecież została muzyka Queen i Jego wokalne wyczyny. Bo przecież nikogo nie trzeba przekonywać, że wokalistą był Mercuty wspaniałym. Z głosem czynił prawdziwe cuda i nieważne, czy wykonywał piosenkę...hmm...disco czy też tę, którą lubię najbardziej. "Bohemian Rhapsody". No to jest przecież mistrzostwo swiata - zaczyna się jak zwykła ballada, potem rozwija się w jakby operowe popisy aż następuje soczysty, hardrockowy finał i znów balladowy epilog. Mogę tego słuchać do znudzenia - i jeszcze raz, przepyszne. A takich popisowych numerów mieli przecież Queen w repertuarze więcej - i każdy zawdzięcza swą niezwykłosć w znacznym stopniu TEMU głosowi. Toast za Ciebie, Freddie. Gdziekolwiek jestes i z kimkolwiek teraz spiewasz.

czwartek, listopad 23, 2006

Mikrofon na kiju od szczotki

Dzis będzie o bootlegach. Czyli o nagraniach legalnych inaczej. I często dokumentujących rzeczy naprawdę niezwykłe, których nie miałbym okazji usłyszeć nigdzie indziej.Nie chwaląc się - moja kolekcja nagrań z "drugiego obiegu" dawno już przekroczyła tysiąc albumów. Oczywiscie w życiu nie uskładałbym takiej potężnej kolekcji, gdyby nie boom internetowy, dzis sciągnięcie takiego, czy innego bootlega nie stanowi wiekszego problemu - sajty typu DIME redukują cała trudnosć do zalogowania się i sciągniecia programu do obsługi torrentów. I hulaj dusza - na samym DIME dziennie przybywa kilkadziesiąt bootlegów, a to tylko jedna ze stron - inna rzecz, że najbardziej ogólna i wszechstronna, istnieją sajty poswięcone np. tylko Pink Floyd lub tylko okreslonemu gatunkowi muzycznemu. Żelazna zasada - sciągasz - daj też sciągnąć innym. Różnie to sprawdza się w praktyce, ale ludzie starają się stosować i dobrze jest.Może trochę odarło to kolekcjonowanie bootlegów z nimbu wyższego stopnia wtajemniczenia. W czasach przedinternetowych (a zwłaszcza przedkompaktowych) wymiana bootlegów to była cała ceremonia przecież. Tasmy magnetofonowe (albo i szpule!) wysyłane pocztą, radosć z posiadania dziesiątej kopii brzmiącej, jakby nagrano ją przez scianę i z mikrofonem schowanym w wiaderku z kisielem. Ale tylko na bootlegach można było usłyszeć niesławny koncert Deep Purple z Japonii, przerwany w połowie, co skończyło się literalnym przemieleniem przez wkurzony tłum sali koncertowej. Albo pierwsze koncertowe wykonanie "Tommy'ego" The Who. Albo wczesną wersję "Dark Side Of The Moon". Albo Franka Zappę jamującego z Pink Floyd. Albo wszelakie nagrania demo. Albumy nigdy nie wydane oficjalnie (najcenniejsze są te skopiowane ze skasowanych później tasm-matek). I tak dalej i tak dalej. Są artysci z założenia bootlegowani w setkach pozycji, jak Led Zep, Flojdzi, Stonesi. Są też zespoły kompletnie już zapomniane, mające na koncie bootleg lub dwa. Wszystko to jest cenne.
Wysnobowałem się. Zasadniczo zauważyłem, że o ile na początku mojego kolekcjonowania łykałem wszystko "jak leci", to teraz już się zastanowię, czy naprawdę jest mi potrzebny koncert Dylana, czy chcę naprawdę demówki z okresu "Baranka" Genesis itp.. Biorę rzeczy rzadsze, które będą mnie cieszyć samym faktem posiadania, a nie dlatego "że muszę". Miałem taki etap z Genesis - postanowiłem sobie, że zdobędę przynajmniej po jednym bootlegu z każdej ich trasy poczynajac od najwczesniejszych lat do 1992 roku. I udało się - w znacznym stopniu dzięki nieistniejącej już nieodżałowanej liscie traderskiej Hogweeds. Zresztą to bootleg Genesis, hali Massey Hall, Toronto z 1973 roku, był tym, który moją kolekcję otworzył. Tyle, że dzis nie jestem już w stanie wysłuchać w całosci "Lamb Show", zwłaszcza, że one niewiele się między sobą różniły. Dlatego wracam raczej do tych bootlegów genesis, które odstaja z tej czy innej przyczyny. Na przykład awaria prądu, która sprawiła, że Collins musiał zagrac solo perkusyjne, by zabawić publikę. Albo sławne "Supper's Ready in 30 seconds" z trasy bodajże 1983 roku. Albo "Reunion Show" z 1982. Co innego bootlegi Pink Floyd - na tych z samej końcówki lat 60 i początku 70 (tak do 1975 roku...) działy się rzeczy naprawdę niezwykłe. Bo to był zespół poszukujący, czasami błądzący, ale prawie zawsze fascynujący. Kurczę, rozbuchać piosenkę typu "Fat Old Sun" do ponad 16 minut i nie zanudzić słuchacza to sztuka. A Flojdom się ta sztuka udała. Albo wykonania "Atom Heart Mother" z orkiestrą i bez orkiestry - jakby zupełnie różne utwory,w obu wypadkach fascynujące swoją innoscią. Albo "Raving And Drooling" i "Gotta Be Crazy" czyli "Sheep" i "Dogs" z "Animals", wykonywane na trasie 1974/1975, dwa lata przed wydaniem na płycie, z innymi tekstami, z nieco zmienioną muzyką.Albo takie cuda, jak niewydany z przyczyn prawnych koncertowy album Stonesów z trasy 1972 - fenomenalna rzecz, jedna płyta z występami Ike'a i Tiny Turnerów i Steve Wondera, druga z koncertem Stonesów, całosć jest udaną namiastką ówczesnego show Jaggera i wesołej kompanii.Albo polskie koncerty Budgie z 1982 roku (alez gorąca atmosfera). Iron Maiden z 1984 (patrz Budgie). Cohen z 1985 (Wrocław i Warszawa). Procol Harum z 1976 (podobnie jak w przypadku Maidenów, Cohena i Budgie są to koncerty z Hali Ludowej we Wrocławiu). Albo koncerty Niemen Group z Leningradu 1976 (kapitalna rzecz, bliska Flojdom w klimacie...) i z warszawskiego "Remontu" z 1974 (ponad 40-minutowa improwizacja ze skrzypcami w roli głownej!). Przesławny koncert Quidam "Pod Przewiązką" z 1996 roku. Collage z Jarocina 1990. Albo pięć lat wczesniejszy występ tamże Cytrusa....To są emocje, to są wzruszenia, odkrywanie nowych lądów niemalże. Czasami okazuje się, że jesli nie słyszelismy tego czy innego zespołu na żywo, to nic nie słyszelismy. I naprawdę czasami jakosć nagrania schodzi na plan dalszy, liczą sie tylko te dźwięki z głosnika, dreszczyki, których czasami trudno doswiadczyć słuchając płyt studyjnych.
A co ze stroną moralną bootlegów, zapyta ktos. No cóż, naprawdę przejmowałbym się tym, gdybym musiał bootlegi kupować, dając zarobić jakiemus cwaniaczkowi, zamiast wykonawcy. Tyle, że czasy się zmieniły i w obecnej globalnej wiosce obowiązują proste zasady "Do not buy / sell - trade freely". I kropka - handlarze na ebayu są bezlitosnie sekowani (żeby tak jeszcze na allegro...). Silny nacisk jest na niekonwertowanie bootlegów do formatów stratnych (mp3 i podobne). I równie silny nacisk jest na kupowanie oficjalnych wydawnictw bootlegowanych wykonawców. Fakt, czasami idee sobie, życie sobie, ale to wszystko robi dobrą atmosferę wokół cyrkulacji bootlegów. Ba, są zespoły, które zezwalają chętnym na nagrywanie swoich koncertów (a nawet takie, które udostepniają chętnym podpięcie się pod konsoletę!!). Są zespoły dające błogosławieństwo poswięconym im listom traderskim. Czy choćby wypuszczające w swiat "oficjalne bootlegi" - czyli niejako cywilizujące nielegalne nagrania. Bo to paradoksalnie nakręca popularnosć wykonawcy. I sporo osób zachęcona fajnym wykonaniem zasłyszanym na bootlegu sięga po wydawnictwa jak najbardziej oficjalne.
Bo bootlegerzy są jak karaluchy - przeżyją wszystko. Zespoły mogą sobie prowadzić Bóg wie, jak bardzo restrykcyjną politykę,a i tak zawsze znajdzie się koles z iPodem i kardioidalnym mikrofonem stereo przemyslnie schowanym w kołnierzyku koszuli i nagra co chce, a potem to rozprowadzi. Najwyżej jakosć będzie słabsza. Przecież trzy dekady temu (z hakiem!) niejaki Peter Grant narzekał na "cholerne mikrofony dyndające na kiju od szczotki", bezlitosnie tłukł przyłapanych bootlegerów, robił naloty na handlujące bootlegami sklepy. I co? Led Zeppelin, których Grant był menedżerem, są do dzis jednym z najchętniej bootlegowanych zespołów w historii ( w sensie - ilosci bootlegów w obiegu oczywiscie). Bo na nawiedzeńców nie ma rady. I nie powiem - cieszy mnie, że tacy wariacy byli, są i będą, amen.

czwartek, listopad 16, 2006

Asia


Poniższą notkę zawdzięczacie Arien, a dokładnie jednemu z jej komentów, w którym napisała, że myslała, iż jest jedynym człowiekiem w Polsce pamiętającym zespół Asia. Nie, nie jedynym :)
To była pierwsza supergrupa lat 80. Oj, dostali w dupę, dostali. Od krytyków, od słuchaczy... W sumie ciężko się temu dziwić. No bo tak - Asię utworzyli Steve Howe (ex-Yes), Carl Palmer (ex- Crazy World Of Arthur Brown, ex-Atomic Rooster i przede wszystkim ex-ELP), Geoff Downes (ex-The Buggles i ex-Yes) oraz John Wetton (o którym krócej byłoby napisać, w jakich zespołach się nie udzielał.. ok, ex-King Crimson). Czyli muzycy z tzw. ambicjami po których możnaby oczekiwać Muzyki i Sztuki. Zwłaszcza po Wettonie, który pod koniec lat 70 ambitnie poległ z supergrupą U.K. . Panowie nie komentowali sytuacji, co tylko nakręcało atmosferę. Zamknęli się w studiu i nagrywali. Gdy przedstawili pierwszy owoc swojej pracy, zawrzało.
No bo wszyscy się progrocka spodziewali. Komplikacji, ambicji itepe. A tu zonk. "Heat Of The Moment", pierwszy singiel Asii, był wręcz modelowym przykładem gładkiego amerykańskiego poprocka "do radia". Wpadająca w ucho melodia, refren stworzony do wspólnego spiewania, bogate brzmienie - ale w sumie to "tylko" trzyminutowa piosenka. Nie tego się spodziewano i się zaczęło. Że komercha. Że schlebianie najnizszym gustom. Że skok na kasę i pójscie na łatwiznę. Ogólnie kupa, wyrzyg i dajcie sobie panowie siana. Tyle, że ten singiel stał się przebojem gigantycznym i sprzedawał się jak swieże bułeczki w ilosciach hurtowych. A gdy ukazał się pełnowymiarowy debiut naszej supergrupy, okazało się, że takich przebojów dałoby się z tej płyty wykroić znacznie więcej - co też ciupasem zrobiono. "Sole Survivor", "Only Time Will Tell", "Here Comes The Feeling" - to były hiciory. No i pociągnęły wielomilionową sprzedaż albumu. Konta muzyków znacznie się rozrosły, a promujące debiutancki album tournee było wyprzedane do ostatniego miejsca. W 1982 Asia rządziła swiatem, bez dwóch zdań. A że ambicje muzyków skoncentrowały się na prostych, melodyjnych piosenkach pop - czy to źle? Poza tym mimo wszystko był to pop z ambicjami. Drobiazgi - zmiany tempa, nietypowe przejscia instrumentalne czy choćby solo perkusyjne Palmera w "Wildest Dreams", to wszystko swiadczyło o klasie muzyków. Dodatkowy smaczek to pyszna okładka autorstwa Rogera Deana (stałego ilustratora płyt Yes między innymi) - pozostałe klasyczne płyty Asii również mają jego obrazy na okładkach.

I żeby było smieszniej, ten album broni się doskonale do dzis. Wysmakowane brzmienia, niebanalne (mimo wszystkich związków z AOR-music typu Styx, REO Speedwagon czy Boston) melodie, nieskomplikowane teksty o relacjach damsko-męskich - czas dobrze obszedł się z tym albumem.

W 1983 roku Asia, idąc za ciosem, wydała drugą płytę, "Alpha". I stanie się już tradycją, że każdy następny regularny album zespołu będzie miał tytuł na "A" się zaczynający. Lokomotywą "Alphy" jest bez wątpienia "Don't Cry" stworzony według sprawdzonej recepty poprzednich hitów. Znów zabójczo chwytliwe melodie i znów olbrzymi przebój. I kolejne miliony wpływające do kasy czterech panów. Tym razem obyło się bez niezdrowych sensacji, publicznosć wiedziała już, czego się ma spodziewać - i dokładnie to dostała. "The Smile Has Left Your Eyes", "Never I A Million Years" czy "The Heat Goes On" dowodziły, że zespół wciąż trzymał wysoką formę. Tyle, że w grupie zaczęły się tarcia. Podczas tournee promujacego "Alphę" osiągnęły one taki poziom, że John Wetton po prostu opuscił zespół przed występami w Japonii. Nagłym zastępstwem został Greg Lake (ex-King Crimson, ex-ELP) i, jak dowodzi album "Asia in Asia", poradził sobie lepiej, niż przyzwoicie. Na tyle przyzwoicie, że Wetton w te pędy wrócił do zespołu i Lake został na lodzie. Ale zgrzyt pozostał - żelazna zasada supergrup mówiąca, że takie nagromadzenie indywidualnosci i talentów musi skończyć się rozsypką, zaczęła się sprawdzać także w przypadku Asii.

Skład Wetton - Downes - Howe - Palmer nagrał jeszcze tylko jeden album, "Astra", w 1985 roku. Ze znakomitą okładką Deana i z mierną zawartoscią autorstwa spółki Wetton - Downes. W sumie poza "Voice Of America" nie ma o czym w przypadku tej płyty mówić. No i sprzedawała się znacznie gorzej, niż poprzedniczki. Gwiazda Asii znacznie zbladła i zespół zdecydował się zawiesić po tournee promocyjnym działalnosć. A potem już było z górki. Składanka "Then & Now" z paroma nowymi utworami przygotowała grunt pod powrót grupy. W składzie zabrakło już Howe'a, zastąpionego przez Pata Thralla. Sentymenty zadziałały, tournee się dobrze sprzedało, Asia przystąpiła do nagrywania kolejnej płyty. "Aqua" ukazała się w 1992 roku i... z oryginalnego składu ostał się tylko Downes. Wettona zastąpił John Payne, Palmer, mimo iż wymieniony w składzie, nie brał udziału w nagraniach (jego partie skompilowano studyjnie z wczesniejszych nagrań!!), Howe zagrał goscinnie w kilku utworach. Płyta jest, poza "Who Will Stop The Rain", generalnie do zapomnienia. Najsmutniejsze, że to zdecydowanie najlepsza płyta "nowej" Asii. Potem nastąpiła seria coraz słabszych albumów dla coraz mniejszych wytwórni. Parę lat temu Asia zahaczyła nawet koncertowo o Polskę, podobno wypadli przyzwoicie. Nie byłem, nie wiem.

A teraz Asia znów koncertuje. I to w składzie Downes - Wetton - Howe - Palmer. Trasa jest wielkim sukcesem komercyjnym i... artystycznym. Bo panowie poza swoimi największymi przebojami grają też rzeczy z repertuaru King Crimson, ELP i Yes. I są w wysokiej formie, a to najważniejsze. Fajnie usłyszeć, że faceci po pięćdziesiątce, po sporych przejsciach, wciąż dają radę wypełnić wielotysięczne hale w USA i Japonii. Ciekawe tylko, czy przyjadą do Europy, bo ja bardzo chętnie przekonałbym się o tym, że tak powiem, naocznie. No i umówmy się - kto by nie chciał poczuć tego dreszczyka, gdy Steve Howe wygrywa początkowe riffy "Heat Of The Moment"... Proszę, dobrzy ludzie, sprowadźcie ich, jesli nie do Polski, to chociaż w jakies bliskie sąsiedztwo. Cena biletu nie gra tu większej roli :)