
Sobotnia noc. Dzieliłem wtedy jeszcze pokój z bratem i siłą rzeczy nie mogłem słuchać radia tak głosno, jak bym chciał. Leżę w łóżku, mija północ i z głosnika padają słowa "Dobry wieczór" a potem wydobywa się gotycki, ponury organowy ton przechodzący w ptasi (nietoperzowy?) jazgot. "Wita państwa Tomasz Beksiński".
To był rytuał. Odkąd odkryłem jego audycje, nie opusciłem prawie żadnej, chyba, że akurat musiałem wyjechać za granicę. Na początku słuchałem z czystej ciekawosci, zaintrygowany Jego osobowoscią, jego recenzjami w "Magazynie Muzycznym", w których potrafił przejechać się po zespołach, które, jak mi się zdawało, trzeba wielbić na kolanach. On był inny. Dlatego zachciało mi się sprawdzić, jak bardzo potrafi zaintrygować w radiu. Pierwszej jego audycji wysłuchałem pod koniec 1993 lub na początku 1994 roku. Ostatnią była ta parę dni przed smiercią.To w kwestii wątpliwosci, czy potrafił zaintrygować.
Nie znosił, gdy traktowało się go, jak idola. Nie trawił "wyznawców" swojego kultu. Dawał to jasno do zrozumienia, reagował nawet agresją, gdy ktos chcąc okazać szacunek, nazywał go Nosferatu. Ta ksywka była zarezerwowana dla kilku osób (m.,in. Wojtka Szadkowskiego z Collage), tylko oni żartobliwie mogli tak Go nazywać.
Idol. Paradoksalnie sam jest sobie winien w sprawie wyznawców. Do legendy przeszły jego audycje z lat 80, gdy prezentował Visage, Ultravox, Johna Foxxa, Talk Talk, Classix Nouveaux i innych wykonawców New Romantic. Był to w sumie mało znaczący i krótkotrwały styl w muzyce, ale dzięki Tomkowi Beksińskiemu w Polsce Nowy Romantyzm był popularny przez lata, ba - nawet dzis znaleźć można fanów stylu. Okazało się, że osobowosć młodego redaktora plus muzyczna erudycja plus dostęp do mnóstwa swiatowych nowosci przekłada się na ogromne zainteresowanie słuchaczy. I w zamkniętej, ponurej, komunistycznej enklawie audycja "Romantycy Muzyki Rockowej" dawała słuchaczom trochę...czegos więcej.
Tyle, że ja miałem wtedy 10-12 lat. Ja poznałem go znacznie później - gdy przeszedł już z radiowej Dwójki do PR III i zaczął prowadzić "Trójkę Pod Księżycem". Gdy zacząłem słuchać jego audycji, byłem muzycznym analfabetą. Rockowym neofitą, gorliwie pragnącym nauki. I On, nieswiadomie, uczył mnie. Edukował. Wskazywał rzeczy warte poznania. Ba - w zasadzie każdy zespół, który wskazał, był w tym moim wczesnym okresie warty poznania. I poznawałem od Sasa do lasa : artrock, hard rock, progressive, psychodelia, eksperymenty - łykałem wszystko i w każdej ilosci. I cieszyło mnie to eksplorowanie dziewiczego terytorium. W zasadzie wszystko, co wiem na temat muzyki obecnie, zawdzięczam tylko i wyłącznie audycjom Tomka Beksińskiego.
Ale to nie wszystko. Bo nie sztuką było wskazać : słuchaj tego. Nie sztuka było wychować sobie słuchaczy bezkrytycznych. Olbrzymią zaletą Tomka było to, że uczył swoich słuchaczy MYSLEĆ. Uczył nie bać się powiedzieć "zespół X nagrał kiszkę". I nie ważne, że zespół X to Wielki I Zasłużony Zespół. Nauczył nas, że nie słucha się muzyki Nazwami. Bo i Moody Blues i Pink Floyd i Procol Harum i Genesis i Yes nagrywali w swojej karierze płyty koszmarne. Denne. Beznadziejne. I nie ma powodu, żeby mówić, że jest inaczej. Dziękuję Ci, Tomku.
Dziękuję też za te tysiące swietnych, a zapomnianych grup, które wydobyłes z odmętów zapomnienia (do spółki z Jackiem Lesniewskim). Ileż ekscytujących chwil... Dziekuję także za Devil Doll. Za Lacrimosę. Za Deine Lakaien. Za Inkubus Sukkubus. Za XIII Stoleti. I przede wszystkim za Legendary Pink Dots. Dopiero po kilku latach odkryłem, że te organy i ptaszyska z czołówki Twojej audycji to srodkowa częsć "Neon Mariners" z płyty "Any Day Now". Byłem już wtedy głęboko zakochany w muzyce Ka-Spela i spółki. I ta miłosć, choć trudna, trwa do dzisiaj. Nawet jesli nie grają już na koncertach cudownej "Belladonny". Ale to twoje uparte namawianie w audycjach sprawiło, że po pewnym czasie zacząłem sięgać po płyty Kropek samodzielnie i odkrywać ich niezwykłe piękno. I doswiadczać przeżyć bliskich odlotowi na ich koncertach.

Muzyka muzyką - ale przecież były i filmy. Filmy, które Tomek tłumaczył w sposób perfekcyjny albo perfekcji bliski. A jesli trafił się w tłumaczeniu błąd, potrafił się nim katować wiele lat. Słynna przecież była jego wypowiedź, że najchętniej przetłumaczyłby jeszcze raz od nowa całego Monty Pythona. Bo stare tłumaczenie było złe (każdy kto oglądał "Latający Cyrk..." w tłumaczeniu TB wie, jak karkolomne to było zadanie i jak doskonale sobie z nim poradził). Tak samo odcinał się od tłumaczeń tekstów, które robił na antenie w latach 80 - jako od dzieła translatorskiego analfabety. Wiele od siebie wymagał, ale i wiele wymagał od swoich słuchaczy / odbiorców. I pamiętam ten smutek, gdy pewnego dnia ogłosił, że rozstaje się z Trójką. Że stracił sens i że nie widzi dalszej możliwosci prowadzenia audycji. Potem dowiedziałem się, że poszło o słuchaczy własnie. Bo Tomek zaczął stanowczo odcinać się od wizerunku smutnego, ponurego Nosferatu. I zaczął isć wbrew oczekiwaniom "wyznawców". Czego dowodem była coraz mniejsza ilosć "gotyku" w audycjach, czego dowodem było np. pojawianie się (częste!) Pet Shop Boys (którzy wtedy wypuscili składankę stron B singli). I nagle okazało się, że nie tego chcą słuchacze. Że Tomek stał się w pewnym sensie niewolnikiem swojego image i swoich słuchaczy. Odciął się od tego błyskawicznie. Wydawało się, że na zawsze, że na dobre. Jego miejsce zajął jakis pierdoła usiłujący "robić klimat", ale wychodziło żałosnie. Wrócił pod koniec lata 1997 i pamiętam moją radosć, gdy usłyszałem znajomy głos i znajome "Dobry wieczór". I On się zmienił trochę i słuchacze się trochę zmienili, w każdym razie wydawało się, że nic już tych wieczorów nie zakłóci. Tym bardziej, że bywały wsród nich audycje wybitne, genialne i cudowne po prostu. Audycje tematyczne. Westernowa. Horrorowa. Ta, w której puszczał tylko piosenki, które lubiła Jego niedawno zmarła Mama. Albo ta, którą zrobił ad hoc po wypowiedzi biskupów, którzy ogłosili, że muzyka metalowa i rockowa to dzieło szatana i takie tam. Cała noc z Atomic Rooster, Black Sabbath, Metalliką i innymi heavy tuzami.
Wszystkie te chwile przeminęły jak łzy w deszczu. Pamiętam tę ostatnią audycję. Fin-de-siecle'ową. "Ostatnia w tym roku, ostatnia...w ogóle". Żart, nikt nie wziął tego poważnie. Słuchając Trójki w Boże Narodzenie 1999 usłyszałem, że Tomasz Beksiński popełnił w Wigilię samobójstwo. Rozpacz, ból, nieprzyjęcie faktu do wiadomosci a w końcu akceptacja i pogodzenie się. Tylko, że pozostała pustka. Nie ma i raczej nie będzie Osobowosci na Jego miarę. Jestem tego pewien. Poza tym radio się zmieniło, wszystko się zmieniło. Czasami zastanawiam się, jak by się odnalazł w dzisiejszych czasach? Czy spodobałby mu się swiat? Muzyka? Kino? Ekspansja internetu? Czy polubiłby Daniela Craiga jako nowego Bonda? Czy zrobiłby to cholerne nowe tłumaczenie Pythonów? Wiele jest tych pytań. I nie będzie żadnej odpowiedzi. Tęsknię za Tobą, Tomku...
Disclaimer : powyższy tekst miał ukazać się w kolejną rocznicę smierci Tomasza Beksińskiego. Różne okolicznosci sprawiły, że nie dałem rady, a nie chciałem umieszczać tu czegos niedopracowanego. To chyba najważniejszy z dotychczasowych moich tekstów na blogu, swoiste credo i spowiedź dziecięcia wieku. Mam nadzieję, że godzien swojego bohatera.